powrót do aktualno¶ci



MOEBIUS - ŻYWA LEGENDA KOMIKSU W POLSCE



Jean Henri Gaston Giraud, alias Gir, alias Moebius na XIX MFK w Łodzi
Fot. Tomasz Nowak


O tym, że Moebius, klasyk sztuki komiksu, odwiedzi XIX Międzynarodowy Festiwal Komiksu w Łodzi, wiadomo było dawno. Wszyscy zastanawiali się czy jego gwiazda przyćmi inne – Milo Manarę i Grzegorza Rosińskiego? Jaki będzie człowiek, o trzech równorzędnych artystycznych obliczach, któremu pokolenia czytelników i artystów wyznaj± od dekad swe uwielbienie, a dorobek twórczy budzi uznanie w¶ród wszystkich, którzy maj± odwagę sztukę popularn± traktować po prostu – jak sztukę? Rzeczywisto¶ć okazała się zaskoczeniem. Niezwykle miłym – na salę wszedł skromny, starszy pan, który spotkanie rozpocz±ł od podziękowania:
- Bardzo dziękuję wszystkim za przybycie. Moja żona powiedziała mi, że jest tu wielu wspaniałych twórców i ja nie jestem pępkiem ¶wiata. Ale dzięki państwu znów czuję się jak gwiazda.

Jean Henri Gaston Giraud, bo tak brzmi jego prawdziwe imię i nazwisko urodził się 8 maja 1938 r. w Nogent-sur-Marne, na przedmie¶ciach Paryża. W młodym wieku zetkn±ł się i znalazł pod wpływem nabieraj±ca rozpędu estetyki fantastycznej. W wieku 16 lat rozpocz±ł niedokończon± naukę rysunku w Arts Appliqués, któr± porzucił po powrocie z wyprawy do Meksyku. Od 1956 r. rysował swój własny komiks w odcinkach: „Frank et Jeremie”, który ukazywał się na łamach czasopisma „Far West”. Ukończywszy służbę wojskow±, odbyt± w Algierii, w latach 1958-59, w 1961, rozpocz±ł terminowanie u swego nauczyciel i mistrza Josepha Gilliana, znanego jako Jije. Wspólnie wykonali czterdzie¶ci cztery strony westernowej serii „Jerry Spring”, które ukazały się w magazynie „Spirou” na przestrzeni pięciu miesięcy. To do¶wiadczenie, jak i fascynacja amerykańskimi podróżami przyczyniły się wprost do tego, że pierwsz± w pełni samodzieln± histori± pełnometrażowa stał się stworzony w 1963 r. na łamach tygodnika „Pilote” „Blueberry” do scenariusza Jean-Michela Charliera. O tym, że już jej pocz±tki wzbudziły uznanie dawnego mistrza dal ucznia, ¶wiadczy fakt, że Jije sam narysował okładkę pierwszego wydania albumowego: „Fort Navajo” (1965).

- W pańskiej biografii często podkre¶la się w±tek podróży do, jak pan to nazwał, „mitycznego miejsca” – Meksyku. jaki był jej rzeczywisty wpływ na pana drogę twórcz±?
- Wyprawę do Meksyku odbyłem jako nastoletni chłopak, uczeń szkoły rysunku. Przebywałem za oceanem miesi±c i do¶ć stwierdzić, że po powrocie stamt±d, do szkoły już nigdy nie wróciłem… Rozpocz±łem pełnowymiarow± pracę. jako rysownik komiksów.

- I pod okiem Jije rysował pan western „Jerry Spring”. Jak układała się ta współpraca?
- W zespole współpracuj±cym z Jije było nas kilku, Jego skład wci±ż się zmieniał. Jedni byli bardziej, inni mniej utalentowani. Nie wiem na ile w Polsce znana jest historia komiksu frankojęzycznego, ale jest to zjawisko wyj±tkowe w Europie.
Gdy przyjechałem do Polski, usłyszałem, że macie tu tyle zup, ile my serów we Francji. Nie poproszę o to, by¶cie wymieniali te wszystkie rodzaje. tak samo jak nie uda mi się w skrócie opowiedzieć o historii komiksu francusko-belgijskiego. Jest ona naznaczona nazwiskami wielkich mistrzów, niezapomnianych mistrzów, o których nikt dzi¶ nie pamięta. Jednym z nich jest wła¶nie Jije.

- Wspólnie pracowali¶cie nad westernem. Jak przyj±ł potem to, że pierwsz± samodzieln± pana produkcj± był również western – „Blueberry”?
- Kiedy¶, po pewnym czasie, kiedy już pracowali¶my razem, powiedział mi, że patrz±c na moje rysunki i ode mnie może czego¶ się nauczyć. Dlatego, gdy zacz±łem tworzyć własny western bardzo się ucieszył i kibicował mi.

Mike Blueberry uzyskał oblicze młodego Jean-Paula Belmondo, choć tak naprawdę łatwiej stwierdzić to pocz±tkowo na podstawie słów Moebiusa, niż z samej opowie¶ci. Niemniej, tak narodziła się jedna z najbardziej znanych i długotrwałych, bo ukazuj±cych się do dnia dzisiejszego, serii w dziejach komiksu. Odzwierciedla ona niezwykł± drogę artystycznego rozwoju, jak przeszedł na przestrzeni dziesięcioleci tak sam komiks, jak i jego twórcy. Nie zatrzymała tego nawet ¶mierć scenarzysty Jean-Michela Charliera w 1989 r.
W latach 60. na historiach Girauda, zacz±ł pojawiać się pojawia się nowy i najsłynniejszy chyba obecnie podpis: „Moebius”. Podpisał nim serię opowie¶ci stworzonych w latach 1963-64 dla satyrycznego magazynu „Hara Kiri”, wzorowanego na amerykańskim „Mad”.
Dekada lat 60 i pocz±tek 70, to czas ukazywania się kolejnych tomów „Blueberry’ego”, ale zarazem formalnych eksperymentów w stylu rysowania, których dokonywał na ponownie łamach „Pilote”, podpisuj±c się jednak tym razem jako „Gir”. Zawiodły go one bardzo daleko – do opowie¶ci „Zboczenie”, która ukazała się w styczniu 1973 r. To w tej pastiszowej i surrealistycznej formie Gir, który dot±d występował niejako „osobno”, „zlał się” z Jeanem Giraud.
W roku 1971 „z u¶pienia powraca” także Moebius, który tworzy okładkę dla fanzinu „Comics”. To też zapowiedĽ stylistycznego przełomu. Wkrótce jego prace zapełni± okładki powie¶ci fantastycznych i komiksy undergroundowe. W 1975 rodzi się Les Humanoides Associes, którego nakładem ukazuje się pierwszy numer legendarnego „Métal Hurlant”. To na jego łamach pojawił się po raz pierwszy Arzach i Major Grubert. Moebius staje się postaci± ważn± w komiksie francuskim, jak i w magazynie, z którego historie przedrukowywane s± z koeli w albumach. Na pocz±tku lat 80. LHA rozpoczyna edycję „dzieł zebranych” artysty, zawieraj±cych także przedruki prac rzadkich i dot±d niepublikowanych.

- W pewnym momencie w pana twórczo¶ci pojawiaj± się artystyczne alter ego – Gir, a potem Moebius… Ich prace znacznie odbiegaj± od tego, co w tym samym czasie można było zobaczyć w kolejnych, ukazuj±cych się tomach „Bluebery’ego”. S± w nich rozmaite style, eksperymenty formalne…
- Rozumiem, że chodzi tu głównie o komiksy publikowane ma łamach „Metal Hurlant”? Oczywi¶cie, te plansze były prób± ucieczki od dyktatury graficznej sztampy. Były twórczym poszukiwaniem. Walczyłem o prawo do wolno¶ci wyrazu. Chciałem uwolnić się od stereotypów, ale jak zawsze, wynikiem tych poszukiwań było wył±cznie stworzenie nowych stereotypów. To nieuniknione… Jedynym rozwi±zaniem był powrót do klasycznej tre¶ci i konstrukcji.

- Jakie ze swoich tytułów uważa pan za najbardziej osobiste?
- „Arzach”, „Feralny major”… I jeszcze jeden, który nie ukazał się dot±d w Polsce. Jest to również komiks bez dymków… Nie wiem do końca wła¶ciwie, jaki mam do niego stosunek, ale robi na mnie ogromne wrażenie. Ciepłym uczuciem darzę również „Blueberry’ego”.

- A jaki moment w swojej karierze uważa za przełomowy pod względem formalnym?
- Nie jestem specjalnie przywi±zany do konkretnych dzieł. To dla mnie ¶lady. Znacznie bardziej interesuje mnie doznanie stanu psychicznego, w jakim znajduję się podczas pracy. Przystępuj±c do niej, odczuwam niezwykł± satysfakcję w konfrontacji ze zwykła kartk±, a zarazem, pewnego rodzaju frustrację, że d±żę do ideału który trudno jest mi osi±gn±ć.

- Z kolei który z komiksów, jakie pan rysował, był najtrudniejszy pod względem tego, co chciał pan w nim zawrzeć, wyrazić?”
- Bezwarunkowo – „XIII”. A najbardziej zaskakuj±ce jest to, że odniosła ona wielki sukces – ponad 500 tys. egz. nakładu! Ale swój udział miał w tym też marketing wydawcy…

Przełom lat 70-80. to także „debiut” Moebiusa w kinie i praca przy kolejnych, ważnych obrazach – tworzenie projektów kostiumów do „Obcego” Ridleya Scotta (1979), „Tronu” (1982) i animowanego „Les Maîtres du temps” René Lalouksa (1982). Potem Giraud maczał palce jeszcze w „Willow” (1988), „Otchłani” (1989), „Little Nemo: Adventures in Slumberland” (1989) i „Pi±tym elemencie” (1997). Jednak najsilniejszy wpływ na jego karierę wywarł chyba udział w projekcie nigdy niezrealizowanym – wizjonerskiej adaptacji „Diuny” Franka Herberta, przygotowywanej przez Alejandro Jorodowsky’ego w 1974 r.
W 1981 r. ukazuje się pierwszy tom inspirowanej t± współprac±, najsłynniejszej bodajże serii „Incala”, która definitywnie postawiła dorobek Moebiusa na równi z dotychczasowymi dokonania Jeana Gireaud. Ostatecznym tego przypieczętowaniem, było uznanie nie tylko w Europie, ale również za oceanem i opublikowana tam w 1988 r., stworzona wspólnie ze Stanem Lee, dwuczę¶ciowa miniseria „Silver Surfera”

- Współpracował pan z wieloma znanym twórcami. Za najważniejsze uważa się powszechnie prace stworzone wspólnie z Alejandro Jodorowskym. Jak to było za pierwszym razem? Jodorowsky zwrócił się z propozycj± do pana, czy pan do niego?
- To on zgłosił się do mnie. Szukał we francuskim ¶rodowisku grafików autora pejzaży. Pracowałem wtedy w istniej±cym dopiero od roku „Metal Hurlant”, a Jodorowsky zobaczył w mojej twórczo¶ci to, czego szukał. Mniej więcej po roku współpracy, zaczęli¶my przeczuwać, że film w końcu nie powstanie. Niemniej, cała energia wygenerowana zgromadzona w ci±gu tego roku, znalazła póĽniej swój wyraz w „Incalu”.

- Czy można spodziewać się, że stworzycie jeszcze co¶ razem?
- Życie polega na wdychaniu i wydychaniu powietrza. Każdy taki oddech jest zarodkiem twórczo¶ci, która może trwać kilka miesięcy. Ale w tej chwili jestem skoncentrowany na własnej pracy (wydawnictwo Mobius Production – red.) z Izabel± (żona Moebiusa – red.). Szukamy przestrzeni dla twórczo¶ci osobistej, własnej, bez udziału osób trzecich. Izabela zajmuje się sprawami organizacyjnymi w wydawnictwie, doborem produktów. Mamy dużo propozycji i ona wybiera autorów oraz scenariusze do wykonania. Moja żona jest zarazem agentem i wydawc±. Staramy się rozwijać tę działalno¶ć. Zaczynali¶my do niewielkich nakładów, które stopniowo się zwiększaj±. „Inside Mobius”, której dotychczas ukazały się cztery tomy (Stardom / Mobius production, 2004-2008)

- Wracaj±c jeszcze do Incala. Niekiedy słychać plotki, że powstał podczas sesji psychoterapeutycznych Jodorowskiego…
- Każda praca z Jodorowskym jest psychoterapi±. Niektórzy autorzy s± w stanie nawet za tę psychoterapię zapłacić! Oczywi¶cie żartuję… Proszę pamiętać, że terapie nie zawsze kończ± się sukcesem!

Pocz±tek nowego wieku o kolejny etap w twórczej ewolucji Girauda, która poł±czyła go na niwie prywatnej i zawodowej z twórcami z Japonii Jiro Taniguchim i Hayao Miyazakim. Jej efektem jest wspólny komiks z Taniguchim i wspólna wystawa prac z Miyazakim w paryskim La Monnaie (grudzień 2004 - kwiecień 2005). Zwi±zek ten jest na tyle głęboki, że Giraud nadał nawet swej córce imię Nausicaä – na cze¶ć filmu Miyazakiego: „Nausicaä z Doliny Wiatrów”.

- Wła¶nie w Polsce ukazał się „Ikar” – komiks z pana scenariuszem, ale rysowany przez Taniguchiego w stylu japońskim. Jak toczyła się wasza współpraca? Czy łatwo było zaadaptować formę mangi, do pana twórczo¶ci?
- Bardzo trudno. Przyprawiało mnie to nawet o koszmary. Musiałem stawić czoła najbardziej zatwardziałej mentalno¶ci francuskiej. Także kontakt z wydawc± i redaktorem naczelnym w Japonii wygl±dał zupełnie inaczej niż zazwyczaj. Napisałem scenariusz, który został przyjęty w sposób profesjonalny, ale jednocze¶nie bardzo „po japońsku”. Przy całej trudno¶ci realizacji tego projektu, była to bardzo przyjemna przygoda, gdyż Taniguchi jest artyst± subtelnym i poniek±d Europejczykiem, co bardzo nas zbliżyło. Można powiedzieć, że jest najbardziej zeuropeizowanym autorem japońskim, a najdziwniejsze jest to, że udało się mu przy tym zaistnieć na tamtym rynku.
Jestem przekonany, że polski autorzy komiksowi powinni czerpać przykład z tego jak umiejętnie odnajduje się on w różnej rzeczywisto¶ci. Jest to warto¶ć absolutnie ponadczasowa.

- Wiele mówi się także o pana przyjaĽni z innym twórc± z Japonii – Hayao Miyazakim. Jak doszło do waszego spotkania?
- Poznali¶my się w inny sposób niż z Taniguchim, ponieważ na pocz±tku nie wchodziła w grę żadna współpraca. Jednakże obserwuj±c wzajemnie swoje dzieła, odkryli¶my siln± więĽ artystyczn±, która nas poł±czyła. Darzę go szczer± przyjaĽni± i ma nadzieję, że jest ona odwzajemniona.
W naszych dokonaniach jest dużo podobieństw, ale także różnic. Miyazaki jest bardziej spójny, je¶li chodzi o d±żenia. Udało mu się założyć zupełnie wyj±tkowe studio. W Japonii uważa się go za żywego boga. Jest jednocze¶nie biznesmenem i poet±, ja za¶ jestem tylko poet± i poet±.

- Czy i we Francji komiks japoński zyskuje na popularno¶ci?
- Tak, manga jest coraz silniej obecna na rynku. Dzieje się tak ze względu na otwarto¶ć europejczyków na wpływy z zewn±trz. Jednak, gdy chodzi o stronę japońska dostrzegam raczej brak wzajemno¶ci.

Ostatnie lata to nowe projekty i wyzwania, jak chociażby wspomniany już udział w serii „XIII”. W 2007 r. Moebius zrealizował jeden z dwóch wydanych jednocze¶nie tomów definitywnie zamykaj±cych cykl do scenariusza Jean Van Hamme’a.
W 2004 r. pojawia się pierwsza pełnometrażowa fabularna adaptacja komiksu Girauda – „Blueberry” w reżyserii Jana Kounena. Nie odnosi jednak znacz±cego sukcesu.

- Przed kilku laty zekranizowano „Blueberry’ego”. Czy jest pan z tego obrazu zadowolony?
- Już sam film, jako taki, trudno jest zrobić dobrze. Filmowcy szukaj± inspiracji w różnych miejscach – w historii, wiadomo¶ciach, literaturze, teatrze. remake’ach filmów sprzed wielu lat. Odkryli tez wielki potencjał fabularny tkwi±cy w komiksach. Dostrzegli, że mog± być one kopalni± pomysłów. Najlepiej udało się to amerykanom – znaleĽli złoto w kopalni, jak± jest komiks. Dzięki technologiom cyfrowym powiodło się przeniesienie na ekran rysunkowych postaci w ruchu. Amerykanie maj± też wyj±tkowy potencjał intelektualny i nieskrępowan± wyobraĽnię.
Zwi±zek pomiędzy filmem a komiksem jest z jednej strony trudny, z drugiej jednak, oczywisty. Może, je¶li chodzi o komiks europejski, ekranizacje s± o tyle trudne, że rynek jest zdominowany przez komiks frankofoński. Sprawia to, że poza Francj± jest go bardzo niewiele. Brakuje też projektów edytorskich, które otwierałyby przed kinem nowe możliwo¶ci. Jestem jednym z nielicznych przypadków autorów, który oferuje, kreuje ¶wiaty specyficzne.
Adaptacja Blueberry’ego (w Polsce wył±cznie na DVD – red.) nie odniosła wielkiego sukcesu. Osobi¶cie uważam ten film za niekonwencjonalny, a zarazem piękny i wyj±tkowy. Zachęcam do jego obejrzenia.

- Czy to oznacza, że nie możemy spodziewać się kolejnych ekranizacji?
- Wiele razy przymierzano się do realizacji filmowych moich komiksów, ale w Europie dostępne ¶rodki s± znacznie uboższe niż za oceanem. Tutaj udało się to tylko jednemu autorowi – Enkiemu Bilalowi. Okupił to jednak ogromn± prac± i musiał sam przetrzeć wszystkie ¶cieżki. Mnie nigdy nie starczyło odwagi na to, aby przej¶ć cał± tę drogę.
Mogę powiedzieć, że w tej chwili prowadzę rozmowy z jednym ze studiów amerykańskich o realizacji bardzo ambitnego projektu opartego na jednym z moich komiksów. Niestety nie mogę zdradzić żadnych szczegółów.

- Czy to będzie „Incal”?
- Nie mogę powiedzieć. W tej chwili nic nie jest jeszcze przes±dzone, dlatego powstrzymam się od wszelkich informacji na ten temat. Powiem tylko, że my¶l o tej realizacji ekscytuje mnie.

Żywa legenda komiksu trafiła do Polski, choć jeszce nie tak dawno jego twórczo¶ć znana była jedynie nielicznym „wtajemniczonym” – fanom komiksu. Widać to najlepiej w bibliografii dotychczasowych edycji:
„Arzach. czy człowiek jest dobry?”, Moebius, Egmont Polska, Warszawa 2008
„Biały koszmar. Szalony erektoman”, Moebius, Egmont Polska, Warszawa 2008
„Blueberry”, Jean Giraud, Jean-Michel Charlier – tomy 1-5, Podsiedlik, Raniowski i S-ka, Poznań 2002-2003, tomy 6, 11-12, Egmont Polska, Warszawa 2008
„Feralny major”, Moebius, Egmont Polska, Warszawa 2005
„Incal” Moebius, Alexandro Jodorowsky, Egmont Polska, Warszawa 2006
„Ikar”, Jiro Taniguchi, Moebius, Hanami, Warszawa 2008
„Szalona z Sacre-Coeur", Moebius, Alexandro Jodorowsky, Hella Komiks, Nowy S±cz 2008
„¦wiat Edeny”, Moebius, Egmont Polska, Warszawa 2007
„XIII” tom 18. „Irlandzka opowie¶ć”, Moebius, Jean Van Hamme, Egmont Polska, Warszawa 2008

Aby nie stracić kontaktu z rzeczywisto¶ci±, w formie „terapii” rysuje sw± autoironiczn± autobiografię.

- Jest pan żyw± legend± komiksu. Co jeszcze inspiruje pana do dalszego tworzenia?
- Walka pomiędzy chęci± przelania samego siebie na papier, a wrażeniami gromadzonymi w czasie, odkładanymi w sobie. Gdy kto¶ mi mówi ze jestem legend±, natychmiast muszę brać „psychiczn± szczoteczkę” i szybko i mocno się ni± szorować. W przeciwnym wypadku miałbym teraz mentalnie 12 lat.

- Ponoć przed rokiem nie wiedział pan jeszcze w ogóle, że w Polsce wydano jaki¶ pana komiks. Dlaczego zatem zdecydował się pan na wizytę wła¶nie u nas?
- To prawda. O poszczególnych edycjach dowiadujemy się zwykle dużo póĽniej, np. po roku. W przypadku Polski było to dokładnie półtora roku – wówczas otrzymałem tantiemy autorskie. Jestem tu za spraw± mojej żony. Tyko dzięki temu, że powiedziała, iż dobrze będzie pojechać do Polski!

- Dzi¶ komiksów Moebiusa mamy po polsku znacznie więcej…
- Jest to dla mnie zaskoczeniem, bowiem do dzi¶ nie mam żadnego egzemplarza polskiego wydania…

Giraud-Moebius ma na swoim koncie mnóstwo nagród, w tym dwukrotne Grand Prix festiwalu w Angouleme (1981, 1985) dwie nagrody Yellow Kid dla najlepszego autora spoza Włoch na festiwalu we włoskiej Lucce (1975, 1980), trzy nagrody Harveya za najlepsze amerykańskie wydania zagraniczne (1988, 1989, 1991) nagrodę Eisnera dla najlepszej zamkniętej serii za Silver Surfera (1989) oraz nagrodę specjaln± Max & Moritz za całokształt twórczo¶ci (2000). Od 1998 r. jest członkiem Will Eisner Award Hall of Fame.

Z Moebiusem rozmawiał Tomasz Nowak