Powrót do spisu

MYSZY I ŚWINIE

Eksploracja ludzkich wspomnień okazuje się prawie zawsze przedsięwzięciem fascynującym, zdumiewająco pogłębiającym wiedzę o świecie, ludziach, a przede wszystkich specyficznych torach, jakimi biegną myśli, które nie są naszymi myślami. Cóż jednak, gdy wspomnienia te dotyczą tematu „zużytego”, powszechnie znanego i zgłębionego i opisanego? Ano, wtedy poszukać trzeba innej drogi, eksperymentalnej, nie rzadko nowatorskiej, a nawet obrazoburczej, wobec piętrzących się stereotypów.

Polska edycja komiksu Maus, musiała odleżeć swoje na półce dużego wydawcy, który przez pięć lat nie miał odwagi udostępnić jej czytelnikom. Jednak gdy tylko prawa te wygasły, przejęło je krakowskie wydawnictwo Post i oto, już po pół roku mam obie części opowieści, opracowane i opublikowane niezwykle starannie i wreszcie dostępne powszechnie, tak aby czytelnik mógł wyrobić sobie o nim własne zdanie.

Dyskusja toczona nad Mausem w mediach od lat dotyczyła głównie kilku zabiegów formalnych oraz uogólnień, odczytywanych w kontekście całości, prawd uniwersalnych, mających, jak zwykle, swoich zaciekłych oponentów i zwolenników.

Nie sposób pominąć tych kwestii dokonując w miarę wszechstronnego omówienia, ale Maus to przede wszystkim książka (dzieło?) komiksowe (literackie?) i, jako takie, podlegające niezależnym kryteriom oceny. Czy zatem komiks, trafiając w ręce czytelników, przekonanych o jego jednoznacznej ideologiczności, mógł zadziwić ich, zszokować bądź wzruszyć?

Opowieść

Historia Władka Szpigelmana to kolejna ponura pamiątka przeszłości, skażonej socjalizmem narodowym i jego „dziełem”. Pamiątka to smutna, ale dla notującego ojcowskie wspomnienia, rysownika, Arta, to tylko kolejna opowieść, którą warto by przelać na papier. Dopiero po wielu sesjach, na których ojciec zdradza mu sekrety swojej przeszłości, młody Spiegelman zaczyna mieć wątpliwości, jakie właściwie pobudki nim powodują - chęć stworzenia następnego komiksu? Pragnienie samousprawiedliwienia?

Widoczne w całej historii jest wzrastające zaangażowanie rysownika w snutą przez Władka nić wspomnień. Niemniej, obszerne części, przenoszące nas do współczesności wskazują, iż Art. jednocześnie próbuje odciąć się od wymowy opisywanych wydarzeń i kontekstu przypisywanego im przez ojca. Nie zgadza się z nawykam wyniesionymi przez Władka z czasu, gdy ten przebywał w obozie. Kontestuje jego oszczędność, wręcz skąpstwo. Piętnuje wyrastający po części z doświadczeń okupacyjnych, a po części z tradycyjnego wychowania, narodowy szowinizm.

Nie ma jednak nic bardziej krzywdzącego dla Mausa niż uznanie go za „portret holocaustu”. Taka ocena nosi wszelkie znamiona politycznej poprawności i wystawia świadectwo sporej niekompetencji merytorycznej jej głosicielom. Warto uzmysłowić sobie, iż komiks ten, to pojedyncza opowieść, jednego z „tułaczy” wojennej Europy. Wciąż wstrząsające są obrazy, jakie wyłaniają się z jego wspomnień, ale nikogo, przynajmniej w Europie, nie szokuje już dziś fakt, iż nawet w obozach można było się „ustawić” i spróbować jakoś przetrwać.

Zarówno postać Władka, człowieka, który nigdy nie będzie już taki, jak przed, jak i jego osobowość, postępowanie są dla dzisiejszego odbiorcy czymś zupełnie obcym, abstrakcyjnym. W tym kontekście nasuwa się ciekawe pytanie: ilu czytelników, zwłaszcza amerykańskich, właśnie za sprawą Mausa poznało specyfikę funkcjonowania obozów koncentracyjnych?

Komiks Spiegelmana, to także niewątpliwie poruszająca opowieść o miłości. Stałej i niewzruszonej, wystawianej nieustannie na próbę przez wojenną zawieruchę. Miłości, która przetrwała lata więzienia, po to aby w Nowym Świcie ulec brzemieniu przeszłości.

Wątek samobójstwa matki, jak gdyby wtrącony w opowieść ojca, dopiero w kontekście całości nabiera specyficznego wydźwięku. Ów stary, krótki, niejako zacytowany komiks Arta, zdradza jego młodzieńcze fascynacje twórcze, ale także kompletne zagubienie i bezradność wobec całkowicie niezrozumiałego dlań faktu, który dotknął go tak boleśnie.

Czy dzięki wszystkim tym zabiegom formalnym książka Spiegelmana nabiera cech obiektywnych? Otóż z pewnością nie. Być może on sam, kreujący się na obserwatora z zewnątrz, stawia się ponad czy obok opisywanych wydarzeń, jako ambiwalentny narrator. Jednak sam fakt, iż staje się „przekaźnikiem” i „rozgłośnią” myśli ojca, czyni go współodpowiedzialnym za ich treść.


Obraz

Konwencja graficzna, jaką Spiegelman przyjął tworząc rysunki, osadzona jest mocno w amerykańskim komiksie awangardowym, zdradzającym ciągotki artystyczne. I rzeczywiście, rysunki stworzone prostą grubą kreską, zachowują swą wyrazistość, nawet przy tak ogromnym upakowaniu treści, osiągniętym poprzez zamieszczenie, na niedużej stronie, aż ośmiu kadrów.

Wielkie ilości tekstu, dzięki „ciężarowi własnemu” rysunków nie przytłaczają ilustracji czyniąc je pełnoprawnym, równoważnym składnikiem narracji. Niewątpliwie taki był właśnie zamysł rysownika. Formalny prymitywizm jest tylko pozorny. Jeżeli przyjrzeć się pracy Spiegelmana w dużym powiększeniu widać iż poszczególne kadry „przestankowe”, a w szczególności postaci dopracowywane są w szczegółach. Chodzi tu raczej o wzmocnienie poczucia realizmu czy jednoznaczność symboliki (np. skrzyżowanie dróg w kształcie hakenkreuzu) oraz o zwiększenie wymowy emocjonalnej, natężenia odczuć i doznań tak mocno przezywanych ponownie przez Władka, a kompletnie odrealnionych dla jego syna.

Warto także pamiętać, iż komiks jaki otrzymuje do rąk polski czytelnik do forma nieco skrócona w stosunku do oryginału, zamieszczonego w awangardowym magazynie „Raw”. Jest ona także znacząco odmienna, zwłaszcza pod względem graficznym od wersji pierwotnej, opublikowanej w antologii „Funny Animals”, w 1972r. Tamte rysunki były znacznie bardziej surowe - stanowiły obrazy i tła, będąc nie tyle narracją, co bezpośrednim odwzorowaniem emocji epatujących, nawet przytłaczających czytelnika.

Świadectwem ewolucji prac Spiegelmana jest wspomniany już krótki komiks opowiadający o samobójstwie jego matki. Więzień piekielnej planety tchnie symboliką zakorzenioną w dorobku ekspresjonistów. Bardziej dopracowany warsztatowo niż sam Maus, jest jednocześnie przesycony formalizmem mającym pogłębiać jego treść. Gdyby nie fakt, iż chodzi tu bardziej właśnie o treść, rzeczywiste, dramatyczne doświadczenie osobiste, aniżeli o formę, to pod wieloma względami uznać można go za wtórny.

Podczas lektury Mausa rodzi się pytanie czy artysta posłużył się formą komiksu, dlatego że był rysownikiem, tzn. jest to forma mu najbliższa w swej ekspresji czy też uważał, że w ten sposób jest w stanie najlepiej zwizualizować siłę odczuć i przeżyć swoich bohaterów?

Sam Spiegelman przyznaje, że wahał się w tej kwestii wielokrotnie. Mimo pozytywnych recenzji i sukcesu komiksu w USA, znających wojnę głównie z gazet, wielokrotnie stawiano Mausowi zarzut braku harmonii pomiędzy treścią a formą. Zarzut ten wydaje się wynikać jednak głównie z niewielkiego wyrobienia krytycznego audytorium. Bowiem komiks od dawna, praktycznie już od swych początków zajmuje się, obok nurtu stricte rozrywkowego, problematyką istotną społecznie czy politycznie. Jednakże, w kulturze Zachodu komiks taki uznawany jest najczęściej za „undergroundowy” czy „awangardowy” i wymaga „odkrycia” dla szerszej publiczności. Zupełnie inaczej natomiast przedstawia się ta kwestia w kulturze Japonii. Można spodziewać się, iż tam Maus stałby się po prostu jednym z wielu poważnych komiksów.

Amerykanie zwykli określać publikacje, których narracja prowadzona jest przy pomocy ilustracji określeniem graphic novel. Pojęcie to obejmuje zarówno opowieści bogato ilustrowane, jak i komiksy, a szczególnie tę ich część, która czerpie swe korzenia bądź aspiruje do bycia porównywaną z prawdziwą literaturą.

Maus wydaje się tutaj przykładem dobitnym. To wyraźna krzyżówka dwóch konwencji, które nie znoszą się nawzajem, nie przeszkadzają sobie. Przeciwnie - stanowią niezbędne dopełnienie. Tekst oddaje to co trudne do uchwycenia rysunkowi, sposób myślenia, poglądy. Rysunek w formie mocno skondensowanej odtwarza okoliczności sytuację czy emocje bohaterów .Jedno bez drugiego byłoby bez sensu.

Konteksty

Maus błyskawicznie zdobył aplauz w USA i… wielu wrogów w Polsce. Przyznanie mu w 1992r. nagrody Pulitzera wpuściło go w tryby machiny Holocaust Industry - przemysłu poszukującego wciąż nowej pożywki. Czy jednak Maus to opowieść w jakikolwiek sposób anty…?

Faktem jest, iż na palcach jednej ręki zliczyć można pozytywnych bohaterów polskich. Zgoda na postrzeganie świata oczami nazistów, stała się dla Spiegelmana argumentem na rzecz przyjętej przez niego konwencji graficznej. Nie zauważa on jak gdyby faktu, iż w ten sposób godzi się, ba! podtrzymuje nieludzką optykę hitlerowców.

Prezentacja wszystkich nacji jako gatunków zwierząt to zabieg umożliwiający rysownikowi jasne rozróżnienia formalne. Dzięki niemu wszyscy Żydzi, obojętnie: polscy, niemieccy czy francuscy, mogli zostać myszami. Autor nie jest jednak w swej koncepcji konsekwentny - akcja rozgrywa się bowiem w konkretnych miejscach i czasie, a nie w jakimś zwierzęcym neverlandzie, zaś animizacja postaci ogranicza się właściwie do nadania im zwierzęcych głów.

Niestety, pomimo świnki Porky i Trzech Prosiaczków, świnie, uosabiające w Mausie Polaków, to w kulturze amerykańskiej pojęcie to tak samo pejoratywne, jak i u nas. Także niezbyt przekonujące wydaje się tłumaczenie zabiegu animizacji, wg kolejności łańcucha pokarmowego: Żydzi to szkodniki przeznaczone do bezzwłocznej eksterminacji i, zgodnie z naturą, tępione przez koty. Polacy, natomiast, stanowią rezerwę siły roboczej - tuczniki do uboju. Takie uzasadnienie zdradza nie tylko niezbyt dokładną znajomość planów Hitlera wobec narodu polskiego, skazanego na eksterminację zaraz po Żydach. Przeciwnie, jest zdecydowanie dwuznaczne w kontekście, którym sam Spiegelman lubi się posługiwać mówiąc, iż „pragnął stworzyć taki folwark zwierzęcy”!

Czy więc wizualizacja „Polnische Schweine”, tłumaczona niekoszernością wieprzowiny jest usprawiedliwiona? Dlaczego na okładce komiksu, mimo że przecież Władek kończy swą tułaczkę w Dachau, pokazano tylko obozy na terenie Polski? Część z tych pytań pozostanie bez odpowiedzi. Zrzucenie niedociągnięć w logicznej konstrukcji komiksu, a zwłaszcza jego wydźwięku, na karb nieświadomości autora, przeczyłoby spójności jego artystycznego zamysłu.

Część wątpliwości można, i owszem, rozstrzygnąć na korzyść Spiegelmana. Kontestuje on bowiem bardziej konkretne postawy i zachowania, aniżeli ludzi. Przecież pojawia się tu pozytywna postać Niemki i troskliwy, polski kapłan katolicki. Ponadto, to co najistotniejsze - są to wspomnienia i doświadczenia
jednej osoby, choć warto pamiętać że właśnie poprzez komiks, stają się one „własnością”, narzędziem kreowania wizerunku w kulturze popularnej, a więc świadomości wielu.

Spiegelman w swojej koncepcji idzie nawet dalej - poczuwając się do patriotyzmu odwołuje się do ultra symbolu amerykańskiej kultury pulpowej - Myszki Miki. Ona podobnie jak Żydzi zwalczana była przez Nazistów, jako symbol zepsucia i dekadencji spowijających Amerykę lat 30.

Nawiązanie to jednak chyba nie dla wszystkich pozostaje czytelne, gdyż autor wtłacza ten kontekst mniej rozgarniętym czytelnikom poprzez iście holywoodzką łopatologię - cytując wyjątek z niemieckiej prasy, wydawanej na Pomorzu.

A może tu kryje się prawdziwe sedno Mausa jako ksiązki? Mausa nie będącego już awangardową lekturą w odcinkach dla dorosłych, ale stającego się popularną opowieścią młodzieżową, o treści edukacyjnej, szerzącą konkretne poglądy? Skąd bowiem wzięły się w nim fragmenty, w których Władek mentorsko tłumaczy Artowi rzeczy, o których dorosły człowiek zazwyczaj wie?

Mimo wszystko dobrze, że Maus trafił w końcu także i do naszego kraju. Może uwiarygodni choć troche formułę komiksu, jako medium uniwersalnego, nie tylko jako „pomiot” rozrywki, ale również narzędzie uprawiania kultury czy sztuki. Zależy to wszak w dużej mierze właśnie od odczytań Mausa. Jak dotąd opinie krytyczne na jego temat są wyważone, co najlepiej wyraża powszechna zgoda na użycie wobec niego „zastrzeżonego” dotąd terminu książka. Opnie te koncentrują się jednak w głównej mierze na treści, warstwie literackiej. Uznając część graficzną za „oryginalną, ekscentryczną, zaskakującą”, recenzenci pozostają wobec niej po prostu bezradni. Co więcej, z recenzji tych często wynika nawet sugestia, że Maus to właściwie komiks „nie do końca”. O ile jednak tego typu poglądy komiksosceptyków godne są politowania, a próby zawłaszczenia go jako „literatury” uznać należy za gorszące, o tyle zdziwienie budzi bezwzględna czołobitność, jaką obdarowuje Mausa samo środowisko komiksowych fanów. Hołdując mu bezkrytycznie, jako wydarzeniu literackiemu, poddają niestety kolejny argument swym przeciwnikom, uznającym komiks za medium poślednie, tzn. nie poddawane i nie poddawalne treściwej krytyce. Szkoda, że wokół tej publikacji nie zrodziła się żadna poważniejsza dyskusja, pojawiające się wypowiedzi, także i te, noszące znamiona krytyki, ograniczają się do stwierdzenia: „Teraz i my mamy Mausa! I już!”. Czy jednak cokolwiek to zmienia bądź tłumaczy?


 

TOMASZ NOWAK

Maus. Opowieść ocalałego: I. Mój ojciec krwawi historią, II. I tu się zaczęły moje kłopoty, Post, Kraków 2001.

Powrót do spisu